Czekałem, czekałem i się doczekałem. Kolejna pozycja opowiadająca o zakręconym duecie trafiła w końcu w czeluści mojego PSP. Dzięki ekipie z High Impact Games po raz kolejny przychodzi nam kierować poczynaniami „moje uszy wcale nie są duże”- Jak’a oraz jego kompana – zwariowanego futrzaka Daxter’a. Tym razem jednak zabawa nie prezentuje się już tak szałowo…
Zacznijmy od fabuły, która jest hmmm.. dość nijaka. Oto już na samym początku dowiadujemy się, że los wszystkiego i wszystkich spoczywa w naszych rękach i tylko my możemy uratować świat przed zagładą, wyruszając na poszukiwanie Eco. Ekhm..wali sztampą na kilometr, prawda? No więc w myśl zasad „jak nie my, to kto?” oraz „nie chcę, ale muszę”, postanawiamy zapewnić światu bezpieczeństwo i stabilizację. Walczymy więc z powietrznymi piratami, którzy w obliczu większego zagrożenia ostatecznie stają się naszymi sprzymierzeńcami. Wszystko jest do bólu przewidywalne, a o nieoczekiwanych zwrotach akcji możemy raczej zapomnieć. Osoby odpowiedzialne za scenariusz nie wysiliły się zbytnio, co niestety odczuwamy od samego początku – cała historia jest mdła i nudna. Często brak jakichkolwiek wyjaśnień co, dlaczego i czemu tak, a nie inaczej; przez co grając można kilkukrotnie znaleźć się w sytuacji, w której stawiamy sobie pytania – “ale o co chodzi?”, „czy coś mnie ominęło??”. Niespójności i niedopowiedzenia sprawiają, że momentami cała fabuła leży i kwiczy.
Sama rozgrywka prezentuje się już ciekawiej. Podzielona została na dwie (a właściwie trzy) części. Najważniejszą i podstawową częścią jest typowa strzelana platformówka, w której sterujemy poczynaniami Jak’a. Poruszamy się po terenach, wykonujemy questy, strzelamy/uderzamy we wszystko co się rusza i zbieramy pozostałości. Do dyspozycji mamy wachlarz ruchów i umiejętności, które upgrade’ujemy wraz z naszymi postępami w grze. Jak potrafi np. strzelać czerwoną Eco-energią, która wzmacnia obrażenia zadawane przeciwnikom; wstrzymywać czas czy teleportować się w wyznaczone miejsca. Wrogów możemy również „poczęstować” z kilku rodzajów broni o różnej sile rażenia. Niestety, inteligencja naszych przeciwników nie powala na kolana i każda walka jest dość schematyczna. Dodatkowo kamera potrafi pokpić sprawę i przy starciach z większą liczbą adwersarzy, ustawia się tak, że musimy zgadywać gdzie w danej chwili znajdują się nasi oponenci. W rezultacie wszystko sprowadza się do naparzania w przyciski na ślepo, nie patrząc na ekran, a nuż się uda coś trafić. Podczas rozgrywki od czasu do czasu natrafiamy na questy poboczne typu: wygraj bójkę w barze itd. Dzięki nim poszerzamy lub polepszamy nasze zdolności. Przez całą rozgrywkę zbieramy Sfery Prekursorów, które potem możemy wymieniać na różne bajery. Należy jednak uczciwie przyznać, że wszystkie zadania niespecjalnie motywują do ich wykonywania… ot, taki dodatek.
Drugą częścią rozgrywki są sekwencje lotów i starć powietrznych. Początkowo zasiadamy za sterami naszego Piekielnego Kota, by przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi lokacjami oraz odbywać powietrzne pojedynki z niezbyt przyjaźnie nastawionymi do nas osobnikami. Strzelamy, robimy uniki, beczki itp. Z czasem w nasze ręce dostają się inne samoloty – bombowce, myśliwce itd. Wszystkie możemy ulepszać i uzbrajać wykupując odpowiednie mod’y i bronie. Tutaj również należy wspomnieć o zadaniach pobocznych takich jak np. wyścigi powietrzne połączone ze strzelaniem do celu czy niszczenie mrocznych kryształów Eco, za które potem dostajemy bonusy. Szkoda tylko, że nie postarano się o ich atrakcyjność, co powoduje, że wieje nudą. Sam tryb lotów jest dla mnie troszeczkę niezrozumiały, bo skoro twórcy postanowili podzielić rozgrywkę w ten sposób, dlaczego bardziej nie dopracowano tego elementu? Podniebne starcia są mało dynamiczne, momentami wręcz flegmatyczne. Wielokrotnie zdarzyło mi się wyklinać pod niebiosa [zamierzony żart? - dop. Allu], gdy dotarcie z punktu A do B wymagało wciśnięcia jednego przycisku, a trwało ok. 1,5-2 minut. Od razu grać się odechciewa. W dodatku czasami szwankuje system kolizji i po zderzeniu np. ze ścianą, zatniemy się bez możliwości ruchu, czekając, aż nasz statek rozleci się na kawałki.
Ciekawym patentem podczas starć w przestworzach, jest natomiast możliwość wykorzystania Daxter’a, który potrafi przeskoczyć na samolot przeciwnika i odebrać mu jakiś szczególny, ciekawy mod, który potem możemy użyć w naszym sprzęcie. Wszystko odbywa się w kilku sekwencjach QTE i jest dość interesującym przerywnikiem w nużącym lataniu. By być szczerym, należy jednak powiedzieć, że to co na początku jest miłe i przyjemne, z czasem robi się niesamowicie powtarzalne i nudne jak flaki z olejem. Przy którymś-tam-z-koleji wysłaniu Dax’a do akcji, możemy z pamięci wklepywać poznane wcześniej układy.
Trzecia partia rozgrywki to zmagania przemienionego Mrocznego Daxter’a z hordami przeciwników. Widok z góry i totalny, bezsensowny chaos przeplatany od czasu do czasu pseudo-łamigówkami. Chodzimy więc, bijemy na oślep, podnosimy oponentów z ziemi i rzucamy nimi, przemieniamy się w wir niczym Diabeł Tasmański z bajek WB, atakując wszystko co nam stanie na drodze… Nie wiem czemu miały służyć etapy w których sterujemy Dax’em. Są one mało ciekawe, a w dodatku nie mają żadnego wpływu na fabułę, czy posuwanie akcji do przodu…zapychacze czasu i tyle.
Pod względem grafiki Jak & Daxter: Zaginiona granica prezentuje się całkiem dobrze. Postaci wyglądają ładnie, zwłaszcza Daxter i animacja jego ruchów. Poziomy po których przychodzi się nam poruszać są dość nierówne, otwarte tereny prezentują się bardziej okazale, niż zamknięte pomieszczenia, które są schludne, ale specjalnie nie zachwycają. Wspomnieć należy również o loadingach, które częste co prawda nie są, ale potrafią irytować..zwłaszcza gdy przypadkowo wejdziemy nie do tej lokacji co chcieliśmy albo przycumujemy do statku..jesteśmy zmuszeni oglądać kilkusekundową sekwencję lądowania, tylko po to by za chwilę, obejrzeć kolejną (tym razem startu) i móc kontynuować grę.
Odgłosy oraz muzyka towarzysząca naszym zmaganiom stoją na zadowalającym poziomie. Co prawda nie usłyszymy tutaj jakichś zachwycających melodii, które na długo zapadają w pamięć, ale z drugiej strony to chyba jedyny element gry, który nie drażni. A teraz kilka słów o polskiej lokalizacji.. Tłumaczenia są ok. Dubbing hmm… I tu mam problem. Głównym bohaterom głosu użyczyli Paweł Ciołkosz (Jak) i (oooo tak!!!) Cezary Pazura (Daxter). Dwa różne światy. O ile Pazura genialnie się sprawdza w roli szalonego futrzaka, o tyle cała reszta wypada blado i drętwo. Kwestie wypowiadane przez Jak’a, Keirę czy innych są sztuczne, często wypowiadane z intonacją niepasującą do sytuacji na ekranie, bądź też są zbyt wyniosłe, z przesadzonym patetyzmem. Za to teksty Daxter’a w wykonaniu Pazury potrafią rozłożyć na łopatki. Autentyczne, świetnie zagrane, co rusz wywołują salwy śmiechu. Przechodząc grę, ciągle wyczekiwałem kolejnych scen z Dax’em. Głos Czarka/Daxter’a to chyba najmocniejszy punkt tej produkcji.
I jak tu się ustosunkować do tej pozycji? Z jednej strony gra nie jest aż taka zła, z drugiej jednak oczekiwania były o wiele wyższe. Zapewnia całkiem fajną rozrywkę, ale braki fabularne i słaby temat powodują, że nie specjalnie chce się w tę grę grać. Gdyby nie Cezary Pazura, to prawdopodobnie nie skończyłbym tej pozycji, bo momentami bywa zbyt toporna i nudna. Aż prosi się o kilka (niekoniecznie ciepłych) słów pod adresem twórców, którzy skopali to, co swego czasu udało się osiągnąć ekipie Naughty Dog, a tego wybaczyć nie sposób.
| OCENIACZKA: | |
|---|---|
| GRAFIKA | |
| Niby ładnie, ale bez polotu. | |
| DŹWIĘK | |
| Muzyka w ucho specjalnie nie wpada, ważne że nie drażni. Polski dubbing ratuje genialny Cezary Pazura. | |
| MIODNOŚĆ | |
| Strasznie nierówna. Raz wciąga, raz niesamowicie nuży. | |
| REPLAYABILITY | |
| Wątpię, by ktokolwiek po przejściu tego tytułu chciał po niego znów sięgnąć... jeżeli już to chyba tylko po to, by posłuchać Pazury. | |
| OCENA KOŃCOWA : | |
|---|---|
| JAK & DAXTER: ZAGINIONA GRANICA | |
| Zmarnowany pomysł na naprawdę dobrą grę, ktoś poleciał na kasę zapominając o jakości. | |